Maciej Chołodowski w swoich artykułach w lokalnej Gazecie Wyborczej już zna kandydatów. Jest ich troje. W minionym tygodniu „dotarł” do nazwiska trzeciej osoby. Wcześniej wskazał, że o stanowisko ubiega się „były komendant powiatowy policji w Grajewie” oraz pracownica Opery i Filharmonii Podlaskiej „związana z tą instytucją od ponad 20 lat” wzmocniona przez dwoje artystów. Trzecią osobą jest teraz seryjny uczestnik konkursów dyrektorskich, swego czasu podejrzewany o molestowanie seksualne pracownic (prokuratura nie znalazła podstaw, by go oskarżyć i umorzyła postępowanie).
Wystarczy już, żeby zrozumieć, kto jest faworytem autora tekstu? Nie były policjant i nie seryjny uczestnik konkursów. Faworyzuje (chociaż jeszcze dość powściągliwie) „szefową działu organizacji wydarzeń w OiFP”, zna i omawia jej koncepcję prowadzenia teatru, pisze o wspierających ją w prowadzeniu placówki „uznanej aktorce teatralnej i filmowej” oraz reżyserze, „współtwórcy poznańskiego niezależnego teatru”.
Cały duży fragment jednego z artykułów Chołodowski poświęca dowodzeniu, że konkurs na dyrektora teatru w Białymstoku jest „ustawiony” pod jednego z kandydatów (tego, który teraz jest p.o. dyrektorem), a to przecież były policjant, który nigdy nie miał do czynienia z teatrem czy jakąkolwiek placówką kultury. Autor szuka autorytetów bądź praktyków, którzy potwierdzą, że dyrektor teatru powinien mieć doświadczenie w zarządzaniu teatrem, a nie tylko w zarządzaniu instytucją publiczną. Wywołuje głosy anonimowych przedstawicieli środowiska artystycznego bądź „jednego z naszych czytelników wywodzących się ze świata białostockiej kultury”. Oczywiście te osoby „proszą o zachowanie anonimowości”. Metody gazetowego kręcenia ma autor opanowane, co już wcześniej udowadniał.
Drugiego kandydata przedstawia na początku jako „inspicjenta” w kilku teatrach, reżysera, aktora. Dopiero później jakby mimochodem dowiadujemy się, że w latach 1990-2013 (23 lata!) był kierownikiem artystycznym teatru. Zaraz później jednak czytamy o aferze z molestowaniem młodych kobiet, a przy okazji dowiadujemy się, że „przychodził na próby pod wpływem alkoholu lub spożywał go w ich trakcie”. Prokuratura prowadziła w tej sprawie postępowanie, ale nie postawiła dyrektorowi zarzutów. „Kobiety z oskarżeń nie wycofały się”, a sam kandydat na dyrektora „wobec oskarżających go kobiet nie podjął żadnych kroków prawnych” – dodaje „bezstronny” autor artykułu.
Najważniejszym przekazem ostatniego artykułu Chołodowskiego są właśnie negatywne wizerunki dwóch kandydatów. Tytuł artykułu: „Jeden kandydat posądzony o molestowanie, drugi »forsowany z wdzięczności«”. Ten forsowany z wdzięczności to oczywiście były policjant, obecny p.o. dyrektor, o którym dodaje autor tylko zdawkowo, że był burmistrzem Rajgrodu (że przez dwie kadencje to już nie). Tenże kandydat, gdy był burmistrzem, zatrudniał w urzędzie obecnego członka zarządu województwa odpowiedzialnego za kulturę (czyli odpowiedzialnego teraz za zorganizowanie konkursu na dyrektora teatru). Sugeruje autor, że obecny członek zarządu „z wdzięczności” ustawił warunki konkursu pod kandydata, na przykład – 15-letni staż pracy, 5-letnia praca na stanowisku kierowniczym w jednostkach sektora finansów publicznych. Załatwione. Wiadomo, co o nich myśleć.
Nie mamy jeszcze nawet komisji konkursowej, żaden z kandydatów publicznie nie zabrał głosu w sprawie swego udziału w konkursie, a my za sprawą autora z gazety Wyborczej już wiemy, komu należy się stanowisko dyrektorskie, a komu się nie należy.
W światku czwartej władzy wiadomości szybko się rozchodzą. O ile nie dziwi, że Gazeta Wyborcza angażuje się jednoznacznie po jednej stronie, o tyle dziwne, że regionalna telewizja publiczna także łyka tego bakcyla. W programie Gość Obiektywu niewinnie zapowiadająca się rozmowa z członkiem zarządu województwa (tym właśnie) o warsztatach dla młodych przedsiębiorców zmienia się w przesłuchanie na temat konkursu na dyrektora teatru. Zajmuje połowę programu.
Tutaj to, co było hipotezą w artykule GW („z wdzięczności”), jest już tezą – „co to za dług wdzięczności, panie marszałku?” – słyszymy pytanie. Pan marszałek oczywiście nie odpowiada, tylko „metodą na Chołodowskiego” pyta – a kto pisał ten artykuł? Gdy pada nazwisko, marszałek od razu wyjaśnia: „to jest człowiek, który szuka afery w jednostkach kultury województwa podlaskiego, jego pismo nie ma praktycznie żadnej poczytności, w związku z tym zawsze dobra jest jakaś sensacja”. Odpłaca pięknym za nadobne.
Z rozmowy (a właściwie monologu) dowiadujemy się przynajmniej, czego marszałek oczekuje po dyrektorze teatru: „Nawet najwybitniejszy artysta, jeśli chce przystąpić do konkursu, musi się znać na finansach publicznych, bo w teatrze mamy potężną inwestycję. Sam budżet teatru bez inwestycji wynosi 16 milionów złotych rocznie, tam pracuje kilkadziesiąt osób. To nie jest zabawa. Potrzebujemy dyrektora, który potrafi spiąć inwestycję”. Ta „potężna inwestycja” to gruntowny remont budynku teatru, którzy trwa już pięć lat i potrwa pewnie jeszcze ze dwa. To ten remont, z którym nie poradził sobie poprzedni dyrektor (wcześniej aktor tego teatru).
Smutna jest refleksja na zakończenie tych rozważań. W naszej lokalnej czwartej władzy brakuje odpowiedzialności za słowo, za styl, brakuje dystansu i bezstronności. Wybrane przez nas władze samorządowe rozstrzygną konkurs na dyrektora teatru. Bo takie daliśmy im uprawnienie. Czwarta władza sama sobie nadaje uprawnienia, dlatego musi mieć bezwarunkowo czyste sumienie. Bez tego nawet najsprawniejszy autor pozostanie tylko sprawnym pisarzem i agitatorem. Dlatego w tym tekście przy nim ani razu nie pada zaszczytna nazwa tego zawodu.


