Jan Kidawa-Błoński nie jest debiutantem, jest uznanym i nagradzanym ostatnio reżyserem ("Skazany na bluesa", "Różyczka"). Może dlatego starał się nie ominąć niczego w życiu bohatera. A powinien był wiedzieć, że chcieć powiedzieć wszystko, to jakby nie powiedzieć niczego. Zrobiła się opowieść za długa, w dodatku z dziwną i pretensjonalną narracją z offa prowadzoną przez samego bohatera. Oglądamy retrospekcję: odtrącony przez Polską Piłkę nasz bohater podczas meczu swoich kolegów - Orłów Górskiego - na mistrzostwach w Monachium 1974 mści się na dawnym przyjacielu, któremu przypisuje winę za załamanie kariery piłkarskiej. Zatrzymany przez policję na komisariacie nagle otwiera się i dokonuje spowiedzi z całego życia. Przed niemieckim policjantem, który okazuje się też jest Ślązakiem.
Film grzęźnie w pułapce tej retrospekcji. Słabości scenariusza wyłażą od razu: trzeba pędzić, bo przed nami całe życie bohatera. W pędzie wszystko jest po łebkach, reżyser ślizga się po powierzchni. Nie wchodzi w głąb, w myśli, emocje bohatera. Mateusz Kościukiewicz, który gra Jana Banasia, nie może pokazać wewnętrznych rozterek postaci, całego bogactwa emocji targających młodym człowiekiem rozdartym między pragnieniem bycia wielkim a krępującymi więzami systemu komunistycznego. Ani nie widzimy jego pasji do grania w piłkę, ani nie czujemy namiętności do przybranej siostry, ani nienawiści do przyjaciela, który kradnie mu jego miłość. W tym pędzie postać Banasia staje się papierową konstrukcją, zaliczającą kolejne etapy scenariusza.
Inne postacie nie błyszczą, bo nie mają szansy błyszczeć. I Adam Woronowicz (niemiecki policjant przyjmujący "spowiedź" Banasia), i Sebastian Fabijański (przyjaciel Ginter), i Magdalena Cielecka (matka Banasia) - wszyscy pędzą do kolejnego etapu filmowej drogi. W dodatku Cielecka zatrzymuje się na chwilę (mowa na pogrzebie przybranego ojca Banasia) by wygłosić długie, nudne i pretensjonalne pouczenie, całkowicie oderwane od narracji filmu.
Sceny historyczne (w końcu Jan Banaś to postać prawdziwa i znacząca w historii polskiej piłki nożnej) mogą wywołać ten dreszczyk wspomnień, ale przecież tylko w tych, którzy tamte czasy i emocje pamiętają. I to emocje własne, a nie emocje Jana Banasia, na które nie ma czasu ani miejsca. W tej warstwie historycznej także wiele niekonsekwencji reżyserskich. Ciasne kadry, które pewnie mają przykryć braki budżetowe filmu, ale przede wszystkim różne sposoby pokazywania wydarzeń - od paradokumentalnych do - niespodziewanie - emocjonalnych. Logiki w tym nie widać, a głębi tym bardziej.
Jedyne, co ratuje ten film, ukrywa się między scenami. To prawda o potędze służb specjalnych w czasach PRLu początku lat 70. Do każdego zakrętu życia Banasia przykładają rękę ubecy. Nikt nie mówi, wszyscy wiedzą. Ginter (przyjaciel z młodości) bez wątpienia swojej zemsty dokonuje rękami służb. Ubek Kuchar, dosadnie opisuje działanie tego systemu: wszystko zależy od zgody bezpieki. Nawet Generał nie mógł pomóc, gdy służby powiedziały NIE. Ta warstwa filmu to jedyne udane oblicze "Gwiazd." Zdecydowanie za mało.
W Białymstoku film do obejrzenia w kinach sieci Helios
Zwiastun filmu
GWIAZDY
Premiera: 12 maja 2017
Czas trwania: 106 minut
Produkcja Polska, 2017
Reżyseria: Jan Kidawa-Błoński
Obsada:
Mateusz Kościukiewicz
Sebastian Fabijanski
Karolina Szymczak
Aleksandra Gintrowska
Magdalena Cielecka
Eryk Lubos
Paweł Deląg
Adam Woronowicz