BIA24 - Po drugiej stronie lustra. Wakacje FIT okiem uczestniczki (część pierwsza)
Extra

Po drugiej stronie lustra. Wakacje FIT okiem uczestniczki (część pierwsza)

2020-08-11 15:15:06
Bia24.pl Po drugiej stronie lustra. Wakacje FIT okiem uczestniczki (część pierwsza)
Magdalena Guzowska /foto. K. Zalewski/

Treningi (ale takie na cały gwizdek), rozmowy motywujące, pomoc w układaniu diety, zabiegi SPA... Staramy się, by sześć tygodni, które spędzą z nami uczestniczki naszej corocznej akcji Wakacje FIT, były pomocne, pozwoliły zmienić nawyki i lepiej się poczuć. O ich zmaganiach z własnymi słabościami piszemy na portalu kilka razy w tygodniu. A jak to wygląda z ich strony? Jedna z uczestniczek, Magda Guzowska, zgodziła się prowadzić pamiętnik i tam pisać o swoich wrażeniach. Czy jej się podoba? Sprawdźcie sami!

Dzień 0


Yupi! Udało się! Co? Dostać do programu Wakacje FIT 2020. Jak? W kolejności następującej: bardzo chciałam, wysłałam zgłoszenie, dostałam się do programu. WAKACJE FIT 2020, a dokładniej trzecia już edycja programu uwzględniła też mnie!


Zgłoszenie się planowałam już dużo wcześniej. Śledziłam poprzednie edycje, a ostateczną decyzję podjęłam chyba przy noworocznych postanowieniach. Dotyczyły one regularnych ćwiczeń. Oczywiście - zaczęłam treningi. I... po kilku dniach nie miałam już siły i zapału. Wiedziałam więc, że sama raczej sobie nie poradzę. Że muszę w grupie. A że dopiero teraz? Lepiej późno niż wcale! Bo jak nie ja, to kto?! Będzie się działo!


Córka tylko pyta: - Mamo, czy masz strój do ćwiczeń?


Odpowiadam, że coś znajdę...


Ona na to: - Wiesz, bo jak na siłownię, to musisz crop top kupić...


- WHAT?


- No wiesz... Taka bluzka z pępkiem na wierzchu!



Piątek

Zaczynamy. Dziś pierwszy trening. Nasze treningi będą się odbywały się w Fitosferze. Fajnie, bo to jest ta lepsza strona miasta. Lepsza, bo bliżej mojego domu. Tak się nastrajam psychicznie, że w zasadzie od dwóch dni nic nie robię, po prostu zbieram siły. W zasadzie to i tak jakoś wyszło, że nawet i masy trochę w ostatnich dniach nabrałam, zgodnie z zasadą, najpierw masa potem rzeźba. Będzie lepiej rzeźbić.


Tego samego dnia po południu...

No i był trening... Miał to być trening wprowadzający. Może i taki był, ale nie tego się spodziewałam po pierwszym razie. Było tempo, był pot, niby pajacyk, niby przysiad, ale ich wspólny mianownik to masakra. Już po 20 minutach ćwiczenia angażujące nogi prawie z nóg zwalały, każdy mój goleń ważył ze sto kilo. Trening miał trwać godzinkę - tak trener na początku szacował... Po 40 minutach mogłam wstać z maty, ale tylko po to żeby zejść do szatni. Dobrze, że można było wody się napić. Wiem też, że na kolejny trening muszę zabrać ręczniczek, żeby na nikogo nie chlapać potem.


Weekend

Dwa kolejne dni, te 2 dni po treningu, w zasadzie można wykreślić. Mogłam tylko leżeć. Wejść na schody, ała!, ale zejść to dopiero wyczyn. Nie wiedziałam, że myśląc o bólu, można go odczuwać. Gdzieś, w międzyczasie, trzeba było z kosza na pranie wyjąć część bielizny, schyliłam się, jak to bolało. Około godziny później przypomniałam sobie moment schylania i znowu poczułam, że boli mnie za przeproszeniem tyłek, na samą myśl.


Poniedziałek

Dziś miałam spotkanie z panią dietetyk. Poważyła, pomierzyła, zalecenia popisała, zadała też pracę domową. No i nabiał muszę odstawić, to straszne, jak będzie ta okołopołudniowa zimna kawa smakowała? Ona przecież musi być z mlekiem, pomidor ze śmietaną... A szklanka maślanki przed spaniem żeby w brzuchu nie burczało? Dobrze że jajo zostało, ono też trochę miejsca w brzuchu zajmuje.


Na całe szczęście najważniejsze rzeczy z wizyty pani Beatka Polecka (szalona dietetyczka, kobieta orkiestra) zapisała mi na kartkach, poczytam ze zrozumieniem, poukładam w głowie?tylko kiedy, ech, ciągle za mało czasu.


Wtorek

Dziś jest też kolejny trening. Chyba najgorsze zakwasy za mną. Mam nadzieję że będzie lepiej niż ostatnio, bo jeżeli te ćwiczenia mają być tak wielkim wysiłkiem, wręcz bólem okupione, to czarno to widzę. Nie żebym był leniwa, ale to zwyczajnie boli!


Tego samego dnia po południu

I już po treningu. Było nieźle, nawet jestem zadowolona, oczywiście z siebie. Miałam też ręczniczek, żeby pot wycierać, przydał się. Wiem już, jakie jest najgorsze ćwiczenie na świecie. Nazywa się: padnij - powstań. Tzn. ja je tak nazwałam. Tak naprawdę to chyba "krokodylki" na to mówią. To ćwiczenie to jakiś dramat, szczególnie jeżeli trzeba je zrobić jak już jest się lekko zmęczonym. Nienawidzę.


Dziś też zdarzyło się coś zaskakującego, zaskakującego dla mnie. Po treningu wróciłam do domu. Był to już wieczór, czyli pora, kiedy zwyczajowo nie robię nic, bo już mi się nie chce ani ręką ani nogą ruszać. A dziś całkiem sprawnie się krzątałam. W około godzinę ogarnęłam chyba więcej niż przeciętnie, wracając o 16. Szok, miałam dużo fajnej energii, nie czułam się zmęczona, nie myślałam o spaniu. Podobało mi się. Czy to te słynne endorfiny?


Czwartek - trening III

Ale dziś był wycisk. Żadne tam pitu-pitu, tylko tempo!! skupić się!!


Bo nam się ćwiczenia mylą. W zasadzie nawet mocno koncentrując się na pokazywanym ćwiczeniu, ja zwyczajnie nie potrafię go powtórzyć, bo inaczej to wygląda, a inaczej to się robi. A jak już trzeba ruszać więcej niż jedną grupą kończyn, to na bank się pomyli. I jak trener skakał tak z nogi na nogę, to patrzyłam na nogi, a on jeszcze ręką machał. Nie zapamiętałam. NO NIE WIEM, do mnie trzeba bardzo dużymi literami.


Na całe szczęście dotrwałam do końca. W zasadzie byłam zdziwiona, że to już godzina minęła.


Na koniec porządne rozciąganie, które chyba mnie oszukało. Przez chwilę poczułam się lekko, w takim sensie, że nie byłam już zdyszana, zagotowana, mój oddech się ustabilizował. Szybko się przekonałam, że to było oszustwo, bo jak tylko zajechałam do domu, to zaraz na progu się wywaliłam, bo noga okazała się za ciężka, żeby ją przez próg przenieść.


I jeszcze jedno. Muszę zdobyć opaskę ninja. Taką na czoło, żeby pot łapała. Ponieważ nie było czasu na wycieranie się to pot zalewał oczy i klej od rzęs się porozklejał. Chyba puki co, piękne rzęsy nie są mi pisane. Trudno.


Kolejny piątek - Dzień Spa

Gdyby trener wcześniej powiedział, że dzisiejsze zabiegi to nagroda, jak się nie oszukuje na treningu, to ja jestem na TAK.


"WY-Spa" - prawdziwa wyspa relaksu w tym zwariowanym świecie!


Najpierw poszłam się przebrać. Nałożyłam szlafroczek... Ale co zrobić z tym niebieskim paskiem? Nałożyłam na głowę - fajna opaska na włosy! Dyplomatyczne pracownice Wy-Spa stanęły na wysokości zadania, nie wybuchły śmiechem. Niebieski pasek nie był opaską na włosy. To biustonosz...


Miałam do wybory: zabieg na ciało lub na twarz. Wybrałam ciało. Chyba z uwagi, że nigdy nie miałam porządnego masażu, a w zasadzie żadnego masażu. I nie zawiodłam się: połączenie ciepłego olejku, sproszkowanych ziół i sprawnych rąk przemiłej pani, przygaszone światło i cicha muzyka, to było to! Zapomniałam o bólu po wczorajszym treningu, zapomniałam o wszystkim. Coś wspaniałego. Rewelacja: relaks, błogość, odczuwanie przyjemności każdą komórką ciała, tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć.


Kolejny weekend

I co teraz, leżeć, tylko leżeć, jakoś tak głupio. Trzeba się by trochę wysilić. Ale, że jest straszny upał, to plan musi być sprytny, żeby też trochę poczuć, że to dzień wolny. Mam też w końcu czas na przeczytanie zaleceń od p. Beatki, dietetyczki. W zasadzie to ja się odżywiam nawet zdrowo, 3 główne posiłki i 2 mniejsze, takie przekąski, z tą różnicą, że moja przekąska trwa od śniadania do kolacji, to chyba trzeba zmienić!


Nagotowałam zupy, będę miała co jeść w pracy przez cały tydzień. Wieczorem natomiast popełniłam przejażdżkę rowerową. Taką spokojną, ale ponad 10 km. BRAWO JA, chyba zasłużyłam na loda!


PS. Niedziela wieczór, ubranie na rano do pracy gotowe. To, co mam zabrać do jedzenia, też odstawiam na jedną półkę w lodówce. No i widzę, że coś jest nie tak. Zupa, którą wczoraj gotowałam zbuszowała w słoikach! Tak że ten tego... 

autor BIA24
Magdalena Guzowska
redakcja@bia24.pl
Zobacz również:
Wiecej